PORTAL MM czyli MOBILNI MŁODZI: wrażenia z różnych zakątków świata. Relacje z Turcji, Niemiec, Litwy, Szwecji, Finlandii, Czech i innych krajów. Co nas urzekło? Jak przebiegała adaptacja? Co nas dziwi, a co wydaje się nam iście swojskie? Podobieńtwa i różnice kulturowe. Zderzenie cywilizacji. Ale też zwykłe historie, śmieszne przypadki, szalone przygody. Dzielimy się wszystkimi doświadczeniami z podróży po całej Europie. Wpisy mobilnych młodych.
Kategorie: Wszystkie | Göteborg | Kraków | Norymberga | Praga | Stambuł | Tampere | Wilno
RSS
czwartek, 15 marca 2007
REminiscencje
Jest to jedyne zdjęcie mniejsze niż 150 kb, ciekawe czemu... W każdym razie usiłowałam jakoś przełamać złą passę niepiśmiennictwa, i zrobić coś z tymi pierogami, które (bez obrazy Szulcu) trochę się już przejadły ;)
środa, 07 lutego 2007
Pierogi w Turcji

Rzecz o polskiej wsi pod Stambułem

Kebab z kurczakiem lub wołowiną, rzadziej z baraniną to nasze podstawowe danie w Turcji. Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, więc o pierogach, uszkach i innych ‘świńskich’ smakołykach mogliśmy tylko pomarzyć. Ba, nie było nawet mowy o zwykłej szynce, kiełbasie wiejskiej czy kotletach schabowych. Dowiedzieliśmy się jednak, że w małej polskiej wiosce pod Stambułem możemy dostać wszystkie te przysmaki. Nic nie było w stanie powstrzymać naszego pędu za pierogami. Razem z Olą (erasmusowiczką z Krakowa) wyruszyliśmy do Polonezköy (‘polska wieś’) lub do Adampola – jak wolą nazywać wioskę mieszkający tam Polacy.

Nieprzyjemny, rzadko spotykany w Stambule deszcz i trudności komunikacyjne (brak autobusu lub nawet busika do Adampola) nie przeszkodziły nam w zrealizowaniu naszego planu. O dwunastej byliśmy na miejscu. Dookoła szaro i pusto. Dużo pensjonatów, hoteli i restauracji. Na szyldach znajome nazwy – ‘karczma’, ‘obora’ i polskie imiona i nazwiska – ‘Ludwik’, ‘Zofia’, ‘Dohoda’. W hotelach manekiny ubrane w tradycyjne polskie stroje i mapy Polski. Tylko Polaków brak. Po godzinie poszukiwań znaleźliśmy pierwszą Polkę - staruszkę w recepcji małego pensjonatu. Pytamy się o polskie jedzenie. Nie ma. Jak to nie ma? ‘Frytki mogę wam zrobić’. Ostatecznie poleca nam restaurację Leonardo – ‘Może tam cos znajdziecie’. Znamy tę restaurację. Przechodziliśmy obok niej już wcześniej. Mieliśmy wejść i zapytać o pierogi, ale odstraszył nas cennik przed wejściem – otwarty bufet – 45 YTL (około 90 zł). To była jednak nasza ostatnia nadzieja. Upewniliśmy się, że mamy ze sobą kartę kredytową i ruszyliśmy w stronę Leonarda.

Przed zerknięciem do menu pytamy o Polaków. ‘Pani Anna, pani Anna’ krzyczą do siebie kelnerzy po turecku. Po chwili poznajemy panią Annę, miłą staruszkę, która wskazuję nam całą stronę w menu z polskimi daniami. To jest to, czego szukaliśmy – mielone, schabowe, pierogi, barszcz czerwony – ‘Nie, to nie polski barszcz to rosyjski borszcz’ poprawia nas pani Anna. Mimo wszystko – raj na ziemi tureckiej (dla Polaka na wygnaniu :D). Tylko trochę za drogi. Porcja pierogów – 18YTL – 36 zł. Ale karta kredytowa jest, więc bierzemy. Pani Anna chyba dostrzegła nasze zaskoczenie cenami, bo pyta się nas czy chcemy dwie porcje, czy tylko jedną. A co tam, bierzemy dwie, ale coś do picia zamówimy później. Pani Anna siada z nami i opowiada o Adampolu. Znika na chwilę i wraca z książkami o polskiej wsi w Turcji. Znów znika i wraca z mężem – Antonim Dohodą – opiekunem małego muzeum ‘Domu Cioci Zosi’. Pan Antoni przenosi nas w czasie. Półtora wieku wstecz.

Podróż w czasie

Najwyższy czas, żeby ukłonić się historii i wyjaśnić skąd wzięli się Polacy w Turcji. Kto, kiedy, dlaczego i po co założył polską wieś pod Stambułem? Z pamiątkowej tablicy umieszczonej w centrum miasta czytamy, że ‘Osada Adampol została założona 19 marca 1842 roku na gruntach wydzierżawionych przez księcia Adama Czartoryskiego dla polskich osadników wojskowych’. Turcja nigdy nie uznała rozbiorów Polski. Mając wspólnego wroga - Rosję oba kraje sympatyzowały ze sobą. Dlatego po upadku powstania listopadowego jednym z celów polskich emigrantów była Turcja. Jak koczownicy błąkali się z miejsca na miejsce nie mogąc zasymilować się z ludźmi o odmiennej religii i kulturze. Stąd pomysł Czartoryskiego, żeby wykupić kawałek ziemi, wybudować chałupy i dać ziemię Polakom. Z początku wieś liczyła tylko 12 osób. Z czasem się jednak rozrosła przyciągając uczestników XIX-wiecznych polskich powstań, wojny krymskiej, itd. Tutaj mogli oni żyć spokojnie, kultywować polską tradycję i religię (najpierw zbudowali kaplicę, później kościół, który funkcjonuje do dziś). Wieś stała się sławna jako polska enklawa, małe polskie państewko, mimo, że prawdziwa Polska nie istniała. Czasy się jednak zmieniają. Niezbyt dobra sytuacja Turcji w późniejszym okresie zmusiła wielu Polaków z Adampola do emigracji. Wyjechali do Stanów, Australii, Niemiec. Niektórzy wrócili do Polski. Dziś Adampol to już nie ta sama wieś.

Adampol dzisiaj

Anna i Antoni Dohoda – nasi gospodarze są właścicielami drogiej restauracji. W sezonie letnim mają mnóstwo klientów – najbogatszych mieszkańców Stambułu. Ich restauracja nie jest niczym specjalnym. W wiosce roi się od drogich hoteli, restauracji i trochę tańszych pensjonatów. Nikt już nie myśli o uprawie ziemi. I Polaków jest coraz mniej. ‘Będzie ich koło stu teraz’ – mówi pan Antoni – ‘Na 150 Turków, plus 200 tureckich pracowników.’ ‘Ale urodziły się polskie dzieci’ – dodaje z radością. Młodzi jednak wolą większe miasta, jak Stambuł i rzadko zostają w Adampolu. I polskość trochę zamiera. Choć polscy mieszkańcy dbają o nią bardzo. Pan Antoni uczy dzieci i wnuki polskiego, opiekuje się muzeum, szuka polskich śladów w pobliskich miejscowościach – ‘Ostatnio znaleźliśmy grób polskiego wojskowego’. Język też już trochę szwankuje. Choć i pani Anna i pan Antoni znają polski – zazwyczaj rozmawiają ze sobą po turecku. O tym, że polski szwankuje najlepiej można przekonać się na cmentarzu. Na licznych polskich nagrobkach bez trudu znajdziemy polskie wyrazy z błędami ortograficznymi.

I chyba poczucie polskości też trochę zanika. ‘Kim się pan czuje, panie Antoni – pytamy – bardziej Polakiem czy bardziej Turkiem?’ ‘Ja jestem i Polakiem i Turkiem’ odpowiada. Ale pokazując nam zdjęcie Wałęsy w muzeum (był raz z wizytą w Adampolu) mówi: ‘O, a to wasz prezydent jest, Wałęsa, poznajecie?'

Polska gościnność na szczęcie pozostała ta sama; może jest nawet lepsza niż w Polsce. Za drogie (i pyszne) pierogi nie płacimy nic, za ciasto i herbatę też nic. Na dodatek pan Antoni daje nam auto i kierowcę, który zawozi nas do większego miasta, z którego już łatwo o autobus do Stambułu.

http://www.adampol-polonezkoy.pl/

http://www.polonezkoy.com/

piątek, 02 lutego 2007
To już jest koniec...
Czy na pewno nie ma już nic?

No i było, minęło. Od poniedziałku jesteśmy już w Polsce. Tak sobie siedzę (z anginą w gardle) i jakoś sentymentalnie mi się robi.

 

W końcu przez ostatnie 4 miesiące Istanbul był naszym drugim domem. Już nie będzie śpiewów z meczetów co ranka (co gorsza, już w ogóle meczetów nie będzie) nie będzie morza w środku miasta, a na zakupy będzie się jeździć tramwajem do Galerii Kazimierz, a nie statkiem na bazar po drugiej stronie Bosforu. Nie będzie już herbatek pitych na ulicy (szczególnie tej jabłkowej), orientalnych rytmów i targowania w każdym sklepie. Pogaduchy w body languageJ i wędrówki kanapy po mieście pozostaną miłym wspomnieniem, a sąsiedzi szaleńcy wspomnieniem trochę mniej miłym, ale za to jakże zabawnym.

 

Pamiętam jak kiedyś Szalik i Doli pisali tu kiedyś notki o tym, że Erasmus wszędzie wygląda tak samo: Wymiksowani kulturowo ludzie z całego świata, codzienne imprezowanie do białego rana, wspólne wycieczki i rozmowy o tym, że u nas jest „tak”, „ojej, a u nas całkiem inaczej”. To prawda –tak to może wyglądać. Wtedy pewnie nawet większej różnicy nie robi, kraj w którym się znajdujemy- najważniejsza jest atmosfera i totalne szaleństwo.

I my również pewnie moglibyśmy tak mieć, gdyby nasz uniwersytet miał akademikJ

Nie miał i teraz z całą pewnością rzec możemy– że na szczęście nie miał. Tak patrzę na tych naszych erasmusowych znajomych z innych uniwersytetów i myślę, że nie dane im było zakosztować prawdziwego tureckiego życia. Zamknięci w ‘bezpiecznej przestrzeni akademika”, który nawet transport do centrum i na uczelnię im zapewniał, imprezujący zawsze w tym samych knajpach, stołujący się w tych samych barkach. Stworzyli sobie taką ‘europejską enklawę’ na własne życzenie odcinając  się od tego co najbardziej tu (teraz już tamL, w Stambule intrygujące. Od sąsiedzkich znajomości (i atrakcji w stylu interwencja z nożem w ręku), pogaduszek ze sklepikarzem w turecko-migowym, kolacji przygotowywanych przez mamy naszych tureckich znajomych, a nawet tak prozaicznych problemów jak kupno czy sprzedaż mebli. No bo to fajne doświadczenie zorganizować aukcję mebli (na którą nikt nie przychodziJ) a potem negocjować z rzeźnikiem i sklepikarzem,  że to wspaniałe meble, że okazja, że warto kupić. Adrenalinka skakała bo dwa dni do wyjazdu, a cały osprzęt jeszcze w domu. Jakie to jednak miłe, że zaczepia Cię pan z barku, z którego smak kebabu znasz już na pamięć i pyta. A ta lodówka jeszcze do wzięcia? Szulcu nawet zrozumiał o co on pytał-więc odpowiadamy: Tamam-  do wzięcia. I po chwili ściskamy sobie ręce, transakcja dokonana. Wszyscy szczęśliwi.

 

Nie byliśmy tak bardzo szczęśliwi, gdy przyszedł czas pożegnań. W końcu wracamy do tego co tak dobrze nam znane, ‘normalne’. Fakt czasem się zdarza, że nawet tutaj ktoś cię po polsku nie zrozumie, ze sąsiad będzie się awanturował i siekierą rzucał,

Ale jednak to nie to samo. Baklava, tavla, nargile-dla wszystkich brzmi tu tak orientalnie i niezrozumiale. Gdy puszczam turecką muzę, słyszę: Oj Ania, please tym to nas nie katuj. Niezrozumiana? I może tak ma być...bo kto nie przeżył, nie zrozumie. A Stambuł czeka...na kolejnych Erasmusowców. I na nas pewnie jeszcze teżJ

19:53, an.dobrowolska , Stambuł
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 stycznia 2007
SOFA PERFORMANCE

czyli z kanapą przez Stambuł

Szkoła, praca, praktyki, dodatkowe zajęcia, itd. – nasze życie płynie coraz szybciej. Żaden student nie wyobraża już sobie wolnych wakacji . Zapełnia je albo wyjazd za granicę albo praca lub praktyka w Polsce. Na odpoczynek, relaks, myślenie o sprawach małych i nieistotnych brak nam powoli czasu. A odpoczynek to rzecz święta. Z tym właśnie przesłaniem wędrowała pewna kanapa po centrum Stambułu - przeciwko stresowi i pośpiechowi.

 

 

 

Kanapa zaczyna akcję od odpoczynku. Świeże i wypoczęte ciało to energia zarówno fizyczna jak i psychiczna.

 

 

 

Ta kanapa nie teorytyzuje. Jak nie ma wyjścia - trzeba zablokować chodnik i zmusić przechodniów do odpoczynku.

 

I widać efekt. Pierwszy przechodzeń, którego kanapa namówiła do odpoczynku podnosi delikatnie końcówki wąsów w celu wyrażenia satysfakcji płynącej z oddania się przyjemności beztroskiego siedzenia.

    

Kanapa wspiera artystów alternatywnych. 'Słuchanie grania zamiast biegania' - najnowszą akcją kanapy.

 

Trzeba dotrzeć do mas! Kanapa przekonuje tłumy w samiusieńkim centrum Stambułu.

 

'Porzuciłyśmy zakupy dla relaksu. Kanapa nas przekonała. Kanapa jest suuuuper!' 

TO JUŻ JEST KONIEC

To jeszcze nie koniec

Fizycznie - to już jest koniec - Stambuł opuścilismy z Anią wczoraj w nocy z odległego Sabiha Airport. Spakowalismy cały dobytek, który przywieźliśmy plus kilka (lub trochę więcej) rzeczy które nabyliśmy w Turcji. Spakowaliśmy wszystko. Zostało puściutkie mieszkanie. A jednak coś zostawiliśmy. Czujemy, że to jeszcze nie koniec. Bo taka przygoda nie kończy się z dniem wyjazdu.

I blog też się tak szybko nie skończy. Tematów jeszcze długo nie zabraknie. Zawsze było ich pełno. Problem był z czasem i pewnie trochę z chęcią. Ale teraz, w Polsce, jest i czas, i chęć. Przenosząc się kolejny raz do Stambułu - pieszemy dalej.

niedziela, 28 stycznia 2007
BERnikle

Ponieważ na parapecie mam już z 15 cm pure white snow, leżę zawinięta w różowy kocyk i kuję do egzaminu i jest mi źle i zimno, postanowiłam jakoś się rozchmurzyć (rozśnieżyć?) kilkoma miłymi letnimi wspomnieniami...

.....

po 15 min.

Ale że wredne zdjęcia nie chą współpracować i się kulturalnie zmniejszać to tyle wspomnień na dzisiaj.

Jak mnie ktoś oświeci jak zmniejszyć te cholerstwa to będę wdzięczna. Mam nadzieję że Mr. Wojnach tu nie zagląda.

czwartek, 25 stycznia 2007
Dla tych, którzy powroty mają przed sobą

Po zakończonym stypendium należy się spakować, wysprzątać zostawiany pokój, pożegnać się ze współlokatorem, pojechać na dworzec, wsiąść w samolot i z niego wysiąść na lotnisku w Polsce. Prawda?

Nieprawda.

Jadąc na LoveBoat (nie chcecie wiedzieć) wymyśliłam Strasznie Chytry Plan.Poszły maile do domu, mamo, wracam w styczniu, 5.1 mam jeszcze egzamin z fińskiego, bawcie się dobrze, cium cium.

          Kupno biletu w dzisiejszych czasach jest rzeczą dziecinnie prostą. Jeśli oczywiście nie kupujemy biletu w okresie świątecznym i mamy 1000€. W okresie świątecznym ceny kosmiczne, Helsinki – Warszawa tanimi liniami Blue 1: 350€. No i zaczęłam kombinować. Frankfurt odpadał, bo drogi, z Rygi i Tallina nie było połączeń, z Budapesztu i Bratysławy to samo.

A potem znalazłam połączenie autokarowe Londyn-Kraków. Bingo! Kupiłam więc najpierw bilet do Londynu, wypełniłam formularz na bilecik do domu i zadowolona poszłam spać.

Rankiem przyszedł mail: „Nie ma już miejsc, przepraszamy”. Dziennie odchodzi z Victoria Station kilkadziesiąt autobusów do Polski. Miejsc nie było w żadnym, nie było też w tych jadących do Czech albo na Słowację. Była połowa października.

        Z miesiąc wcześniej ukradziono mi portfel, a więc nie tylko dowód, polską i fińską legitymację, 50€ w gotówce i kartę autobusową, ale również obie karty bankowe. Czyli: zostałam tylko z paszportem, resztką pieniędzy ze stypendium. (Gwoli ścisłości: paszport zgubiłam tydzień po tym, jak mi ukradli portfel. Ale się znalazł – bo jak nie, to zamiast kolejnej wyprawy do Laponii bym miała wyprawę do polskiej ambasady w Helsinkach).

Wyglądało na to, że zostanę uwięziona w Londynie, bez kasy i bez możliwości powrotu. W zasadzie – święta w Londynie? Brzmi nieźle.

Nic to. Z kartą kredytową Agi (ech, babo, uratowałaś mnie) dokonałam jednak zakupu w mocno względnie tanich liniach. Pozostała kwestia – gdzie spędzę dwa dni. Couch Surfing po raz kolejny się fantastycznie sprawdził, wprawdzie Phil był jakąś trzydziesta osobą, do której napisałam i która zgodziła się mnie przyjąć, ale w końcu to były święta.

Oczyszczam konto z marnych 40€, zamieniam je na funty.

Zaczęłam się pakować, ściągnęłam moja fenomenalną, rosyjską współlokatorkę z jakiegoś spotkania. Wypiłyśmy strzemiennego.

Opuszczając Haiharę miałam na sobie duży plecak, w rękach torbę fotograficzną, komputer, mały plecak i plakat. Schodząc ze schodów potknęłam się i upuściłam komputer, który zaczął odbijać się od stopni i spadać w dół. Na koniec malowniczo uderzył w przeciwległą ścianę.

W autobusie do centrum sprawdzam komputer.  Geniusz wymyślił pokrowce na laptopy.

Lotnisko w Tampere jakie jest – każdy wie. Jak leciałyśmy do Rygi Aga powiedziała: „umrzesz ze śmiechu, jak je zobaczysz”. Jeden sklep i jedna kawiarnia na terminal.

Na odprawie bagażu pani mi mówi:

- Osiem kilo nadbagażu, sześćdziesiąt euro.

Z braku środków zabieram swoje bety i przepakowuję się na boku. Część rzeczy ląduje w lotniskowym koszu. Resztę wyciągam ze wszystkich toreb i przepakowuję co cięższe rzeczy do podręcznego. Stojąc drugi raz w kolejce zupełnie niespodziewanie widzę Michała z TUT-u. Leci do brata na święta. Przy drugim podejściu do check-in’u udaje mi się uniknąć płacenia za 3 kilo nadbagażu.

Gdy wszyscy pasażerowie skończyli odprawę usłyszeliśmy komunikat: „Samolot, którym państwo polecicie, jeszcze nie wystartował z Londynu. Przewidywane opóźnienie 4,5h”. Pamiętacie gigantyczne mgły w Anglii przed świętami? No właśnie.

Gramy z Michałem w statki, próbujemy nie zasnąć, w końcu odlatujemy po 3 nad ranem. Steward przez ¾ lotu drze się przez mikrofon o nowych promocjach, nie da się spać, na Stansted jesteśmy po 4. (brytyjskiego czasu). Do centrum dojeżdżamy po 6.

Pożyczam od Michała 25€, on jedzie do Brighton, ja muszę się dostać do mieszkania Phila. Podążając za jego wskazówkami, wsiadam do pociągu. Po kupnie biletu zostaje mi 28funtów, 25€ i paszport. Nie mogę jednak wyjść, drzwi się zepsuły. Wysiadam dwie stacje dalej, muszę wracać. W końcu trafiam.

Phil odbiera mnie ze stacji. Po szybkiej herbacie oboje idziemy spać, jest 9, jestem nieprzytomna, od 40h nie spałam. Wstaję o 14., idę do centrum, przypominam sobie, dlaczego trzy lata temu tak bardzo pokochałam to miasto. Wracam wieczorem, Phil przygotował kolację, świece, kominek, wino. W doskonałych humorach idziemy do jego ulubionego pubu („Musimy się pośpieszyć, jest otwarty tylko do 23. To i tak bardzo długo. Idziemy właśnie najdroższą ulicą w Londynie. Widzisz, tu stoi samochód, który się pojawił w najnowszym Bondzie. A tu mieszka Mick Jagger”). Dom Micka Jaggera jest większy od mojego bloku.

Rano, jak dobry gość, robię mu herbatkę do łóżka i chcę przygotować śniadanie, ale nie ma z czego. Jemy tosty z makaronem w sosie pomidorowym z puszki.

Wychodzę w miarę wcześnie, żeby mieć zapas czasu. Gubię bilet na transfer na lotnisko. Muszę kupić nowy, po wymianie euraków zostają mi 23 funty. Po odbiorze bagażu z przechowalni mam 3 funty. I paszport. Oraz 2,5h do odlotu.

Mimo, że na lotnisku jestem tyle przed odlotem, check-in już otwarty. Muszę osobno nadać plecak, jako bagaż niewymiarowy. Zajmuję kolejkę do kontroli osobistej.

Ilość ludzi jest niewiarygodna. Spotykam dwóch Polaków, którzy przez kolejki przegapili lot. Teraz czekają na bilety stand-by. Ja muszę zdążyć, za trzy funciki biletu nie kupię. Tuż przed bramkami do kontroli osobistej wyłapuje mnie pracownik lotniska:

- Ma pani trzy sztuki bagażu. Można mieć jedną. Proszę wyjść z kolejki.

- Ale to jest komputer i aparat!

- Nie ma znaczenia, proszę opuścić kolejkę.

Lecę znów na check-in, tam mówią, że to nowe przepisy. Jeden bagaż, bez wyjątków. Znów się przepakowuje, nikogo nie ma już do odprawy, wszyscy już poszli na samolot. Komputer i aparat wrzucam luzem do plecaka, torby na komputer, aparat i statyw nadaję jeszcze raz jako bagaż nietypowy. Mam 3 funty, paszport i 1,20h do odlotu. Dobrze, że nie wracam Ryanair’em, bo za niezdeklarowane dodatkow 3 sztuki bagażu bym musiała zapłacić dwadzieścia kilka euraków. Rzecz jasna, wyczarowanych z kapelusza.

Staję jeszcze raz w kolejce, w samym środku chaosu w doskonełej formie, znów odczekuję prawie godzinę. Staram się nie wpadać w panikę. Święta w Londynie – ok., ale nie na lotnisku! Po prześwietleniu plecaka chcę czym prędzej porwać rzeczy i biec do gate’u. Jednak mnie cofają i każą otwierać i rozkręcać aparat. W końcu pozwalają mi iść.

Nie zgadzała się im lista pasażerów, opóźnili wylot o 30minut. Tylko dlatego zdążyłam, a i tak wpadłam do gate'u na tak zwanym „final call”.

Na pokładzie samolotu trochę się rozluźniam, kupuję herbatę. Do domu wracam z 1,5funta, marne pozostałości po półrocznej rozpuście.

Ląduję o 18.30, do domu wpuszcza mnie siostra (która o wszystkim wiedziała od początku).

- Ho ho ho, macie nakrycie dla niespodziewanego gościa?

Mina wszystkich członków rodziny – bezcenna.

PS. Za dwa dni Phil przylatuje do Krakowa.

00:57, kam.kiel , Tampere
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 stycznia 2007
Trza się śmiać, bo co zrobić?

Uwaga kawał:

Somebody asks the cock:

- which came first, the chicken or the egg?

- I'm just facking, I don't know.

Turek mi wczoraj opowiedział, więc się śmiałem. Bo śmieszne. A ostatnio mi nie do śmiechu. Sąsiad z dołu, ten o kórym wcześniej pisalem postanowił ostatecznie z nami porozmawiać - z rurą od odkurzacza w jednej ręce i nożem w drugiej. Z Fabianem razem drzwi trzymaliśmy, żeby nie wyważył. Nie ma co z psycholem dyskutować. Pojechaliśmy na policję. Jadąc sobie busem na posterunek, myśląc o tym, jak różnorodne są ludzkie osobowości nie zorientowałem się jak mi zajebali portfel. Nie było tam pieniędzy i paszportu. Oprócz tego - było wszystko - dowód, prawo jazdy, karty bankomatowe, bilet miesięczny, karty studenckie

Ale jak to nasza kordynatorka wymyśliła - to jest element erasmusa, życie w całej jego okazałości, nie w kokonie ochronnym. Zrzucam kokon i żyję - bez dokumentów (to też śmieszne, jak człowiek jest uzalezniony od plastikowych kard), ale z uśmiechem na twarzy. Za dwa tygodnie wracam.

niedziela, 14 stycznia 2007
::BLOW::

Wiatry o sile orkanu nawiedziły zachodnie wybrzeże Szwecji. Sztormowa pogoda dotknęła całą południową część kraju. 270 000 gospodarstw domowych jest pozbawionych prądu. Ekipy ratownicze czekają w pogotowiu. Prace naprawcze będą możliwe dopiero po ustaniu sztormowej pogody. Jak dotychczas odnotowano dwa przypadki śmiertelne. Ruch pociągów jest wstrzymany i duże utrudnienia z powodu powalonych drzew występują również w ruchu drogowym. Promy do Szwecji nie wyszły w morze. Mieszkańców wzywa się do pozostania w domach.

Czy pomyślelibyście kiedyś, że ruch drogowy ustanie z powodu.... wiatru? A jednak, w Szwecji wiele jest możliwe. :) Oj wieele.

Dzisiaj miała przyjechać do mnie moja siostra. Miała. Kilka dni temu zupełnie niewinnie żartowałam sobie, żeby lepiej uważała bo nie wyląduje... I co?

Zakopałam tę myśl głęboko, gdzieś pomiędzy ścieraniem kurzu w zakamarkach pod łóżkiem, a dwukrotnym praniem pościeli z powodu awarii pralki. W uśmiechach i waterproof bodysafe kurtce schodziłam po schodach, żeby udać się na lotnisko gdy spotkałam jedną z sąsiedek- Stinę, która zaczęła się śmiać, mówiąc, żebym lepiej się obciążyła, naszczęście tylko cegłami/kamieniami/ołowiem(sic!) bo mnie porwie. You will fly away! - powiedziała. Zaśmiałam się i odparłam, że i tak za 4 dni mnie to czeka.

Wyszłam. Słońce pięknie świeciło, sikorki huśtały się na słoninie a wszystkie rowery leżały na ziemi. Hmm - pomyślałam - znowu się Francuzi upili i musieli wszystko powywracac. A potem zaczęłam LATAĆ.

Widziałam maleńkie szwedzkie domki, bladobłękitne, jasnożółte i białe, wszystkie z ceglastymi dachami i maleńkimi ogródkami. Gotaplatsen, i posąg Posejdona, z demokratycznie ukróconą męskością, statek Wikingów, który choć chciałby poczuć muśnięcia fal na pełnym morzu,grzecznie stoi w porcie i służy za hotel. Pastwiska, płotki, pola golfowe, archipelag wysp z kępami wrzosów i białymi pniami nagich brzóz....

Widziałam, choć tylko w wyobraźni.  

Ale gdyby nie buty terenowe, myślę, że spokojnie mogłabym to zrobić w rzeczywistości.

Podmuchy wiatru poprzewracały drzewa, powyrywały znaki drogowe, poszły w tany ze żwirem i piaskiem, zaczęły zabawiać się z rowerami i kusić baldachimy przed wejściami do klubów.

Tramwaje kursowały z opóźnieniem (może was to nie bulwersuje, ale Szwedzi....) pociągi, autobusy, promy, łodzie i motorówki stanęły. Samoloty też mogłyby stanąć, ale nie było gdzie. Próbowały więc lądować, ale gdy już już dotykały upragnionej ziemi bezradnie zrywały się znów w przestworza.

Siostra jeszcze nie przyjechała. Wylądowała w Nykoping, jakieś 150 km od Sztokholmu. Czeka na transport, ale to jeszcze trochę potrwa, bo jak juz wpsomniałam, nie da się przejechać. W sumie mogłaby polecieć, ale ma chyba małą awersję...

-----------

Najserdeczniej Was WSZYSTKICH pozdrawiam, i egoistycznie !!!!!!NAJBARDZIEJ jak się tylko DA !!!!!!  MY BIGglle :*

piątek, 12 stycznia 2007
the E N D ::::::


„ – Opowiedz o śniegu – powiedział Muminek siadając na wyblakłym od słońca krześle ogrodowym Tatusia. – Nie rozumiem tego.

– Ja też nie – odpowiedziała Too-tiki. – Myśli się, że jest zimny, ale gdy wybuduje się z niego domek, jest w nim ciepło. Wydaje się biały, ale czasem robi się różowy, a czasem niebieski. Może być najmiększy ze wszystkiego i może być twardszy od kamienia. Nie ma nic pewnego.”


Jestem niekulturalna. Nawet się nie pożegnałam. Jednak wciąż nie dociera do mnie, że moja Finalndia dobiegła końca. Nigdy ale to nigdy nie przypuszczałam, że odczuję aż tak wielką pustkę. Początkowo wydawało mi się, że powróciłam na Boże Narodzenie, po czym znowu jak gdyby nigdy nic powrócę tam znowu by kontynuować drugi semestr. Nie, nie, nie- już nie powrócę. Wiele ludzi, którzy wyjechali, wyjechali już absolutnie z Tamapere. Niezależnie od wszystkiego (nawet ewentualnych spotkań z poznanymi tam osobami) już nic się nie powtórzy- to było możliwe tylko w tamtym konkretnym czasie, tylko w owej konkretnej konfiguracji ludzkiej. Często napada mnie nostalgia, włączają się resentymenty. Ale wszystko to co mnie spotkało pozostanie ze mną, każdy krok zrobiony na fińskim chodniku powiększył moją (dobrze już wypchaną) walizeczkę życia. Ale dużo przede mną: będzie Afryka, będzie Finalndia marcem...

Wszystkim Erasmusowcom życzę korzystania i chłonięcia ostatnich tygodni waszej życiowej przygody... T Ę S K N I Ę!!!





 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12