PORTAL MM czyli MOBILNI MŁODZI: wrażenia z różnych zakątków świata. Relacje z Turcji, Niemiec, Litwy, Szwecji, Finlandii, Czech i innych krajów. Co nas urzekło? Jak przebiegała adaptacja? Co nas dziwi, a co wydaje się nam iście swojskie? Podobieńtwa i różnice kulturowe. Zderzenie cywilizacji. Ale też zwykłe historie, śmieszne przypadki, szalone przygody. Dzielimy się wszystkimi doświadczeniami z podróży po całej Europie. Wpisy mobilnych młodych.
Kategorie: Wszystkie | Göteborg | Kraków | Norymberga | Praga | Stambuł | Tampere | Wilno
RSS
poniedziałek, 30 października 2006
Oswajanie przestrzeni - Zbraslav

Polska Złota Jesień w środku Czech. Kasztany walą mi się na głowę, niepokojący wiatr i słońce przerywające ciemnogranatowe chmury. Zbraslav, nabardziej południowa część Pragi, w zasadzie przylepione do niej osobne miasteczko. Kotlina wciśnięta między lewy brzeg Wełtawy, jej dopływ Berounkę, między zalesione (te jesienne kolory) wzgórza. Idealne miejsce na długą historię, wykopaliska, grody, Bojów (możliwe, że centrum ich „państwa”, centrum Boioheamum, centrum Czech, centrum Czechosłowacji, centrum Republiki Czeskiej). Miejsce wypadów łowieckich, królewska rezydencja, srebrną biblioteką (zakupioną ze srebra, które trzej zakonnicy dostali od króla).

Miasto rozbudowała Eliška Přemyslovná. Niechciana i odrzucona, przerzucana z miejsca na miejsce (Mělník, Loket) przez młodszego (14) męża, którego interesowała wojna i te męskie sprawy. Zaopiekowała się miastem (tu zmarła i raczyła zostawić swoje szczątk) i przygotowała na kolejne inwestycje Karola IV. Potem husyci (o ironio, w parku stoi Žižka) i wojna trzydziestoletnia - historię możemy zacząć od początku. Odbudowa klasztoru, likwidacja klasztoru, rozbudowa winnic, zakładanie szkół, nazywanie.

 

W zamku* szaleństwo, Azja w środku Czech. Na wystawę (tak nudnej dawno nie widziałam) wchodzę tylko po to, żeby przejść się wszystkimi korytarzami, powęszyć i skontrolować widok z okna na niedostępne zakątki posiadłości (teren prywatny). Niespokojna Wełtawa, ulice w słońcu, park wala się w kolorowych liściach i suchych kasztanach, pierwszy raz, kiedy tak mocno czuję jesień.

 


* Czeski, niby taki podobny do polskiego, oszukuje. Śrredniowieczna budowla ze strzelistymi wieżami, fosą, krużgankami, dziedzińcami to po czesku wcale nie zámek, ale hrad. Czeski zámek” to raczej duży dom, rezydencja, dworek.

16:25, kasia.byrtek , Praga
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 października 2006
"Ty dalej jedziesz na północ? Myślałam, że tam już zaczyna się południe"* CZĘŚĆ I

Moment zawahania, ale biorę głęboki oddech i otwieram drzwi. Wychodzę, wyruszam.

W głowie tylko jedna myśl: "Na Północ!"

          Innych myśli nie dopuszczam, na przykład takich, że jest koniec września a ja ubieram rękawiczki i kaptur, bo jest przeraźliwie zimno i leje. Stoję pod Tampere, przy wlotówce na autostradę w kierunku Jyvaskyli. Trochę nie mam pieniędzy, stypendium jeszcze nie przyszło, na koncie w Nordei mam dosłownie kilka €, na polskim niby więcej, ale prowizji nie chcę płacić. Nic to, stop jest za darmo.

     Kto by nie wziął zmokniętej dziewczynki stojącej z plecakiem samotnie przy drodze? Pierwszym moim kierowcą był kierowca autobusu, który właśnie wracał do domu po pracy. Podczas jazdy milczeliśmy, a ja walczyłam dalej z myślami. 

ZŁOTA FIŃSKA JESIEŃ

czyli jak Kalewala maluje mi się przed oczami

     I wtedy właśnie zobaczyłam łosia. Był wielki i ryczał. Stał blisko drogi, 25km od Tampere. Był to miażdżący argument dla moich myśli, opuściły mnie wszystkie wątpliwości. Jako druga zabiera mnie Mari - przeuroczą kobieta, która jednak nieco bawi moja ekscytacja łosiem, bo musiałam się pochwalić, że oto wiedziałam to wielkie  bydlę i to tuż przy drodze. Finowie za łosiami nie przepadają i uważają, że należy do nich strzelać jak do kaczek (podtekst polityczny można sobie dorobić samemu).

     Następny kierowca zatrzymał się, jak Mari jeszcze nie odjechała i zawozi mnie do Jyvaskyli i sprytnie wyrzuca mnie na autostradzie. Z autostrady zejść się nie da, bo tuż za barierkami jest spory spadek, więc tak sobie spaceruję, aż dochodzę do zjazdu, gdzie łapię kolejny samochód. 

     Jadąc na północny-wschód oprócz łosi zachwycają mnie pola wrzosów, bajeczne kolory, bo to przecież najpiękniejszy okres jesieni w Finlandii, niekończące się lasy i jeziora, w których to wszystko się odbija. Nie mogę się napatrzyć, chcę więcej.  

LEĆ, ADAŚ, LEEEEEEĆ!!!

czyli po raz pierwszy widzę skoczków na igielicie

     Do Kuopio przyjeżdżam o 17., temperatura: +4st. Stosunkowo zimno jak na wrzesień, ale hartować się muszę. Idę do mieszkania Anne i Anttiego - są tak jak ja w Couch Sufring i Hospitality Club i zostaję u nich w domu przez dwa dni. Pożyczają od mamy Anttiego samochód i zabierają mnie na wycieczkę po Kuopio - po okolicznych wzgórzach, na drewniane skocznie narciarskie, na wieże, na którą był pierwszy dzień wejścia za darmo, do największego w Finlandii protestanckiego muzeum. Jedziemy też zobaczyć słynne skocznie narciarskie w Kuopio - są cztery, są wielkie i są pokryte igielitem. A na każdej z nich - skaczą skoczkowie! Widok niesamowity, jak również dźwięk z którym lądują na tym śmiesznym plastiku, żeby wjechać na najprawdziwszą trawę. Robię zdjęcia z teleobiektywu, rozmawiamy o Małyszu i Ahonenie, nie do końca chcą wierzyć, że jestem fanką tego drugiego (oczywiście Adaś to kwestia patriotyczna). O 13. muszą oddać samochód mamie, mnie zostawiają na rynku i idą się przygotować na imprezę.

     Ja spaceruję po mieście, idę do tradycyjnej luterańskiej katedry (tradycyjnej, bo bardzo surowej i bez ozdób) i w końcu trafiam do Pizza Rax Mega Bufet, czyli płacisz 8 EU i jesz aż pękniesz/zwymiotujesz/rozchorujesz się/umrzesz (zależy, co nastąpi wcześniej). Coś tam niemrawo sobie podjadam (bo już jestem na etapie "rozchorujesz się"), gdy słyszę polski. Podnoszę głowę - chyba mi się wydawało, bo wszyscy rozmawiają po angielsku lub fińsku. Jem dalej i znów omamy słuchowe. Nie no, muszę przestać jeść, to nie wpływa dobrze na moje zdrowie psychiczne.

     A jednak! Kolejny raz, słyszę polski. Tym razem przydybałam - to młoda kobieta mówi do córki, przechodzą koło mnie, mówię "dzień dobry". Ona machinalnie odpowiada, robi dwa kroki i się zatrzymuje. Dotarło do niej, gdzie jesteśmy. Już po chwili jemy razem obiad. 

NOKIA I BIOTECHNOLODZY

czyli czego to ludzie nie wymyślą

     Zmyliło mnie to, że Bożena rozmawiała ze swoim mężem, Hannim, po angielsku, dlatego słyszałam na początku to, co ona mówi tylko do Mari, trzyletniej córki. Hanni jest Egipcjaninem i nie mówi po polsku, Bożena nie zna arabskiego. Dziecko zna oba języki, uczy się angielskiego i chodzi do fińskiego przedszkola.

     Rozmawiamy przez trzy godziny, ciągle jedząc. Oboje są naukowcami pracującymi na tutejszym uniwersytecie w dziedzinie technologii żywienia. Bożena opowiada mi o jednym z projektów, który pojawił się w ich grupie - jako że Finowie są uczuleni na wszystko i prawie każdy produkt jest w wersji bez- (laktozy, glukozy, tłuszczu, do wyboru, do koloru), to można im życie ułatwić, a przy okazji zarobić sporą kasę. Chcą przyklejać na każdym produkcie specjalny kod, który będzie się skanowało nowiutką Nokią z kamerką, telefonik sobie tam odczyta, przeliczy i pokaże na ekraniku, czy możemy dany produkt skonsumować bez uszczerbku na naszym alergicznym zdrowiu. Nokia projekt, rzecz jasna, finansuje.

     "Finowie mają fioła na punkcie własnych alergii i jeżeli taki pomysł może się przyjąć, to Finlandia jest jedynym miejscem na Ziemi".

NATENCZAS ANNE

 

czyli znów Kalewala, ale tym razem muzycznie

     Wieczorem z powodu przejedzenia (spacer do portu nic nie pomógł, było za blisko, żeby cokolwiek spalić) nie mam siły iść z Anne i Anttim na imprezę, zostaję w domu i oglądam "Moulin Rouge". Następnego dnia Anne gra na pianinie i śpiewa narodowe fińskie piosenki (m.in. te z „Kalewali” – fińskiej epopei). Zostałabym dłużej, zrobiło się magicznie.

     Kupio mi się podoba. Wprawdzie jest jeszcze bardziej prowincjonalne niż Tampere, a wieczorem jeszcze bardziej wyludnione, ale ma swój klimat i leży wśród większej ilości jezior. Przypadkowo zostałam tu przez dwa dni, głównie dlatego, że poznany w Estonii Tomek studiujący w Iisalmi (85km na północ od Kopio) mi nie odpisał na zasadnicze pytanie, czy może mnie przenocować. I następnego dnia już kieruję się do Oulu, razem z kolejnym Finem, który nie mówi po angielsku, ale za to ma samochód i tym sposobem jedziemy razem dokładnie 222km. Umieram z głodu.

20:18, kam.kiel , Tampere
Link Komentarze (8) »
"Ty dalej jedziesz na północ? Myślałam, że tam już zaczyna się południe"* CZĘŚĆ II

PRZERAŻAM FINÓW

czyli dla odmiany o łosiach, myśliwych, uciekających autobusach i świcie na plaży, który byłby romantyczny, gdyby nie było tak zimno

     Do mieszkania Aliiny i Ranu trafiam bez żadnego problemu, mimo, że mieszkają na peryferiach. Przyczynia się do tego mój kolejny kierowca, który zaprogramował swojego GPSa na ich adres. Kierowca jest myśliwym wracającym właśnie z polowania na łosie. Łosi żyje w Finlandii 160 000, a połowę z nich chcą odstrzelić tej jesieni. Bo powodują za dużo wypadków na drogach, w zeszłym roku zginęły 22 osoby z tego powodu. Po naszym samochodzie wśród ogromnej sterty gadżetów do polowania, misek, jedzenia i ogólnie wszystkiego skacze jego pies powodując jeszcze większy bałagan. Kierowca tymczasem pokazuje mi GPSa. GPS jest w komórce (nokii, bo jak inaczej) i oprócz opcji już znanych wszystkim, czyli prowadzenia jak po sznurku do wybranego miejsca na świecie, to pokazuje w lesie pozycję jego i jego psa podczas polowania. Pyta, czy jestem głodna. Pełna nadziei odpowiadam, że tak i dostaję na obiad butelkę piwa („nic innego nie mam”). Żegnam się z psem i myśliwym już pod klatką, gdzie czekają na mnie Aliina i Ranu.

     Oboje są nieco przerażeni, że podczas tak okropnej pogody (trochę kropiło) jeżdżę stopem. Drugą falę przerażenia wywołuje mój śpiwór („Chcesz spać w TYM?” – śpiwór mam cieplutki i nowiutki. Chodziło o ideę). Tak więc dostaję całą pościel („możemy ci zaproponować, bo mamy pralnię za darmo”) i wielkie łóżko. Jeszcze wieczorkiem jadę do miasta, zaczyna lać, wieje od morza, ale spaceruję sobie nad morzem, po mostach i wyspach. Jest przeuroczo, nie zraża mnie nawet autobus do domu i to, że muszę czekać godzinę w Hesburgerze po nocy.

     Aliina i Ranu są typowymi Finami – mili, ale na dystans. Chyba ich nieco peszy moja gadatliwość, mnie za to peszy nieswoja cisza. Jak wracam do domu oglądają Big Brothera. Rano budzą mnie o 7. po 5h snu, bo muszą wyjść a jako jedyni gospodarze nie pozwalają mi zostać samej.

O 8.30 w mieście wszystko jest zamknięte, ja nie mam czasu nawet zjeść śniadania, idę więc na plażę i tam wśród mgieł, mżawki, lodowatego wiatru i ogólnej wilgotności w okolicach 90%, jem kanapki z glukozorem (czyli smarowidłem, które ma prawie 600 kcal na 100g). Dojrzewa we mnie przekonanie, że za Oulu nie przepadam (ma na to wpływ też pora pobudki) i że w zasadzie wszystko widziałam już wczoraj wieczorem. Idę więc 7km przez miasto do miejsca, gdzie znajdują się ślimaki na autostradę. Zatrzymuje się pierwszy samochód, starszy pan, który płynnie mówi po angielsku. Jedzie dość daleko na północ, ale ja muszę wysiąść wcześniej na północ, bo mam dziś już umówiony nocleg. Pan jedzie z obowiązującą prędkością 100 km/h. „Wolę sobie zostawić margines bezpieczeństwa. Przy 100 jeszcze można przeżyć zderzenie z łosiem, przy 110 już nie”. Docieram do Tornio.

DYLATACJA CZASU WG. EINSTEINA

czyli wesoła zabawa z przestawianiem zegarka

     Z Paulą spotykam się w kawiarni, w której można kupić herbatę i dwa pączki za 1,4 € (wydaje się to niemożliwe w tym kraju – a jednak!). Chwilę rozmawiamy i prowadzi mnie do swojego mieszkania. Skaczę pomiędzy farbami, gitarami, rysunkami, ubraniami, bielizną, klawiaturą i jedzeniem (wszystko znajdowało się na podłodze), siadam na kanapie, tuż obok jedzenia z wczoraj (uśmiechamy się do siebie), Paula musi za chwilę wychodzić – chodzi do szkoły muzycznej, gra na pianinie. Ja idę się przejść do Szwecji – miasteczko Haparanda znajduje się tuż przy granicy, zmieniam na chwilkę czas na polski. Granica przechodzi przez spore pole golfowe i bardzo popularne jest granie tutaj w lecie w ciągu nocy – kiedy słońce świeci całą dobę. Gdy się uderzy piłeczkę np. o 23.30 i wybije ją mocno, to może upaść jutro, za godzinę. Albo wczoraj, zależy w którym kierunku ona leci. Jem tutaj szwedzkiego kebaba, włóczę się nad morzem, robię zdjęcia cudownej mgły. W domu rozmawiamy, Paula mówi, że zaraz przyjedzie jej przyjaciółka, która ma doła i czy możemy iść do knajpy. Ba, wszyscy jesteśmy studentami.

     W tym momencie warto się zatrzymać i zdefiniować słowo „knajpa”. W Tornio knajp (jak je Paula górnolotnie określiła) jest pięć. My poszłyśmy ponoć do najlepszej. Na wstępie powitała nas kartka z informacją, że alkohol sprzedawany jest od 22. (była 20.). W knajpie było 6 stolików, jarzeniówkowe światło i żółte ściany. One rozwiązywały problem po fińsku, ja siedziałam nad colą licząc stoliki i minuty. Po 25 skończyły, możemy iść. I tym samym był to mój najkrótszy pobyt w knajpie. Do domu wracamy przed 21., ja nieśmiało sugeruję, że można iść spać, ciągle pamiętam o pobudce o świcie. Paula patrzy zdegustowana, po chwili wpada jej chłopak. Oglądamy „Pulp Fiction” i idziemy spać po północy, ale jutro mogę spać tyle, ile mi się podoba. Kładę się na kanapie, uprzednio wyprosiwszy stamtąd ciuchy z ostatniego tygodnia.

BYŁAM TIRÓWKĄ

czyli specjalnie dla „Faktu” szokujące wyznania Kamili K. (21 l.)

     Dziś przekroczę koło podbiegunowe. Tradycyjnie staję na ślimakach i dopiero po dłuższej chwili zatrzymuje się jaki mężczyzna. Mężczyzna ma lat ok. 22, jest wielki, nie za ładnie pachnie i nie mówi słowa po angielsku. Dogadujemy się (po fińsku!) że mnie podrzuci 16km, bo potem musi skręcić. Tuż przed skrętem mówi dużo, co zdecydowanie wkracza poza moje językowe kompetencje. Mówię mu: „nie rozumiem”. On mówi to samo, tylko że bardzo wolno. Koleś! Gdybyś mówił wspak i co drugą literę, to też bym Cię nie zrozumiała! W każdym razie skręca ze swojej autostrady do Kemi i kieruje się w kierunku opuszczonej drogi do mojego Rovaniemi. Jedzie i jedzie, dzwoni przez telefon. Po raz pierwszy odczuwam niepokój, nie wiem, co się dzieję. Gdy widzę przystanek autobusowy mówię zdecydowanie moim wyrafinowanym fińskim: „Stop. Tu. Teraz.” Kierowca posłusznie się zatrzymuje, przecież z babą nie będzie dyskutował.

     W myśl starej, dobrej stopowej zasady macha się na wszystko, co się porusza. Nawet, jeśli pomysł jest absurdalny, taki jak łapanie ciężarówek. Zatrzymuje się wielki granatowy TIR, wdrapuję się na niego i z góry oglądam Laponię. Pierwszy raz udało mi się złapać TIR-a na stopa i strasznie mnie ten fakt cieszy. Kierowca mówi, że ma godzinny postój z przeładunkiem w Rovaniemi, a potem jedzie do Sodankyli, czyli kolejne 150km na północ. Myślę intensywnie, ale do Rovaniemi jeszcze wrócę żeby je zwiedzić, decyduję się więc jechać z kierowcą. Wyrzuca mnie przed miastem, bo tam mam hostel. Po raz pierwszy widzę renifera.

"Ty dalej jedziesz na północ? Myślałam, że tam już zaczyna się południe"* CZĘŚĆ III

ESTOŃSKI PUNK ROCK

czyli o niewyżytych facetach w środku lasu i samotnie podróżującej kobiecie

     Do hostelu najpierw trzeba dojść 5km przez las drogą tak wąską, że tylko co jakiś czas są zrobione zatoczki do wymijania się samochodów. Obok hostelu jest farma krów, dostaję miejsce w czteroosobowym pokoju, ale jestem sama, bo kto by o tej porze roku podróżował. Jem coś, idę na spacer. Gdy wracam, w kuchni jest 4 facetów, rozmawiają po rosyjsku. W kuchni pojawiła się wielka bateria alkoholu, częściowo zresztą już opróżniona. Gdy wychodzę, upada mi klucz, jeden z nich go podnosi. Mówię „spasiba” i to był pierwszy błąd. Nie doszłam jeszcze do własnego pokoju, gdy jeden z nich się wychyla i krzyczy „nie za szta!” („nie ma za co”). Nie otworzyłam jeszcze drzwi, gdy przychodzi i zaczyna ze mną rozmawiać, ja odpowiadam na jego pytania, troje z nich jest z Rosji, jeden z Estonii i tu pracują na budowie. Rozmawiamy chwilę i to jest drugi błąd. W końcu ja kończę, zamykam drzwi. Siadam, mijają dwie minuty, słyszę pukanie do drzwi. Otwieram je i to był trzeci błąd. Estończyk, nieco podpierając się ściany daje mi płytę CD na której jest wydrukowana naga kobieta, zresztą średnio atrakcyjna. „To najlepszy estoński punk rock. Posłuchaj koniecznie, to ich pierwsza płyta wydana po angielsku”. Estończyka nie zraża do, że nie mam na czym jej odsłuchać i w zadziwiającym tempie, jak na ilość spożytego alkoholu, przynosi mi odtwarzacz CD. Dziękuję, ale drzwi się zamknąć nie da, Estończyk blokuje je swoją nogą i ciągle mówi. Przechytrzenie go zajmuje mi kilka minut. Siadam, wyjmuję książkę. Ktoś puka. Otwieram, nieco zaczynam się irytować, naprawdę chcę odpocząć.

     Ale to Janne, właściciel. „Ok., Kamila, it’s sauna time!” Pokazuje mi saunę, jak dokładać drewna, jak się myć (trzeba nabrać z balii z gorącą wodą i z zimną i to pomieszać – „jak chcesz, to chętnie umyję ci plecy”), co zrobić po wyjściu. Wskazuje na jezioro. „Tu możesz się ochłodzić po saunie, wprawdzie w zeszłym tygodniu jezioro było zamarznięte, ale teraz już trochę lód stopniał”. I jeszcze rzuca na odchodnym: „Gdybyś chciała… cokolwiek, to wiesz, gdzie mieszkam”. Saunę mam tylko dla siebie, siedzę w niej prawie dwie godziny, na przemian 100st w środku i 3st jeziorka. Zrelaksowana, wyciszona wracam do hotelu. Od drzwi uderza mnie włączona na Maksa ostra muzyka i odór alkoholu. Cichutko przemykam to pokoju. Ale nic nie ujdzie czujnemu oku samotnie mieszkającym na farmie w środku lasu mężczyznom – mijają dwie minuty i słyszę pukanie. Nie otwieram, ktoś zaczyna walić w drzwi. Jest 23., nie mam ochoty. Chcę spać, nie bardzo mogę przez muzykę. Pukanie powtarza się jeszcze wielokrotnie, za każdym razem ignoruję.

THE RASMUS I BIEGUN ZIMNA

czyli o podejrzanym rosyjskim błękicie

     Rano dostaję śniadanie od mamy Janne, on mnie zawozi na główną drogę. Tam zatrzymuje się kierowca, który tylko w wyjątkowych momentach zwalnia swoim zdezelowanym volkswagenem do 140km/h. Z następnym kierowcą rozmawiam po rosyjsku. W pewnym momencie skręca z drogi, wjeżdża boczną ulicą. „Pasmatrit!” (pooglądać) - tłumaczy. Zawozi mnie na wzgórze, z którego rozciąga się przepiękny widok, leży już tam trochę śniegu. Jest uroczo, potem zabiera mnie na gorącą czekoladę do fenomenalnej knajpy kumpla – cała w drewnie i w skórach. Gdy jedziemy dalej, on nagle staje pośrodku drogi i mówi, że mu się benzyna skończyła. Ma kanister, więc nie utkniemy (a jesteśmy 150km od najbliższej stacji). „Benzynę kupuję w Rosji, bo jest taniej” – i nalewa błękitny płyn z kanistra. Ja bym tego do malucha nie wlała, nie mówiąc o Chevrolecie, którym jechaliśmy.

     Ponoć najładniejszą drogę w Finlandii – 40km pomiędzy Ivalo i Inari przebywam z chłopakiem, którego gdzieś już widziałam. Na teledysku grupy The Rasmus? W Inari chciałam początkowo zostać na noc, ale jest 17., postanawiam zaryzykować i pojechać jeszcze dalej. Zabiera mnie bardzo wesoły Norweg, jego nie mam oporów prosić, żeby się zatrzymał, bo chcę zrobić zdjęcie. Jemy Marsy, pijemy kawę. Nawet nie zwolniwszy przekraczamy granicę fińsko-norweską w Karigasniemi i zawozi mnie do miasteczka Karasjok. Idę na farmę huskich, tam można przenocować.

MÓW MI JACK LONDON

czyli o najpiękniejszych chatach w Europie

     Właścicielka prowadzi mnie do mojej chaty, otwiera drzwi, a ja w tym momencie oniemiałam. Mówi 500 koron, ja już bym się zgodziła na każdą cenę. Wyjmuję kartę bo nie mam w ogóle norweskich pieniędzy przy sobie, ale nie przyjmują tutaj kart w ogóle. Nie, nie każcie mi opuszczać tego miejsca! Na szczęście godzi się na zapłacenie w euro.

     Chata zbudowana jest z drewna, na dachu rośnie trawa i drzewka. Pośrodku głównej izby jest kominek. Stół – to ogromny kawał drewna zawieszony na łańcuchach. Wszędzie palą się świeczki, na ścianach wiszą skóry lisów, reniferów, bobrów. Lampy są zrobione z piór. W pniach wydrążone są dziury w które powkładane są albumy o Laponii i hodowli psów Księga gości jest skórzana, sztućce mają trzonki z rogu renifera. Gotuję wodę, wychodzę na werandę. Tutaj wiszą na linach zrobione z małych żerdek bujaki, przy nich są skóry reniferów, którymi można wyścielić siedzenie. Piję gorącą herbatę z drewnianego kubka, owinięta w skóry renifera, gdzieś obok wyją psy, a ja myślę o tym, że właśnie znalazłam się w świecie Jacka Londona. Wręcz czekam, aż na ścieżce pojawi się towarzysz otulony w futra, z zaprzęgniętymi psami, wewnątrz zagramy w kości, a jak wyjdziemy płukać złoto, to wypluta ślina zamarznie zanim doleci na ziemię bo jest tak zimno. Właścicielka poleciła mi przejść się nad rzekę, gdzie trenują ich psy. Idę wśród brzozowego lasku, powoli robi się coraz ciemniej. Docieram nad rzekę, to na pewno złotonośna Klondike. Wszędzie są odbite łapy psów.

     Aż nie chce się iść spać, tylko siedzieć całą noc przy kominku i słuchać opowiadań północy. Karasjok ze względu na rzekę to bardzo zimne miejsce, zeszłej zimy temperatura wyniosła -52st. Rano jem śniadanie na werandzie, wszystko pokryte jest szronem. Oglądam jeszcze karmienie psów i jadę dalej. Dziś, jeśli się uda, dotrę na Koniec Świata, a na pewno Europy.

SŁÓW BRAKUJE BY ZACHWYT WYSZEPTAĆ

czyli Kiel to łajza i o tym, jakie przywileje ma autostopowicz na końcu świata

    Przed Lakselv zaczyna świecić słońce pierwszy raz od tygodnia. I właśnie wśród słonecznych promieni ukazują mi się fiordy. Po półtora miesiąca spędzonego w uroczej, aczkolwiek płaskiej jak naleśnik Finlandii, norweskie fiordy zachwycają mnie ogromnie. Słońce się opiera na pokrytych śniegiem stokach, błyszczy morze. Jadę wzdłuż najdłuższego fiordu w Norwegii.

     Po dwustu kilometrach i kilku samochodach zatrzymuje się żółty TIR. Jest jeszcze większy od tego pod Rovaniemi, wyciągnąwszy moje rączki do góry ledwo mogę dostać do podłogi. Wspięłam się, już jedziemy. Rozmawiamy o tym, dlaczego Norwegowie są przeciwni UE. Ja im się nie dziwię, jakbym mieszkała w tak bajecznym, bogatym i samowystarczalnym kraju to też bym była przeciwna. „Unia nas chce, bo mamy pieniądze, ale musi się obejść smakiem, bo my jej nie chcemy!”. Kierowca zawozi mnie na plac budowy, gdzie pracuje, czas wysiadać. W kabinie ubieram plecak, biorę torbę fotograficzną i schodzę. Pierwszy stopień jeszcze wymacałam. A potem zadziałało obrzydliwe prawo grawitacji. Spadłam z TIR-a, tuż za mną poleciał plecak i torba. Pół placu budowy przybiegło do mnie, zobaczyć czy żyję. Żyłam, ale co to za życie. Mówię, że wszystko jest w porządku i nie dając po sobie nic poznać idę wolno na drogę, twardo łapać następnego stopa. Kość ogonowa bolała mnie jeszcze przez 3 dni.

     Długo nic nie jedzie, ale za to mam okazję podróżować wzdłuż fiordu i zachwycać się nowymi widokami za każdym zakrętem. Zabiera mnie sympatyczne małżeństwo, które właśnie jedzie na jakieś spotkanie. Nagle zatrzymują nas szlabany – tuż za tunelem leżącym 200m pod poziomem morza trzeba zapłacić za wjazd na wyspę Mageroja, na której znajduje się mój cel – Nordkapp. Wyciągam pieniądze, ale kobieta mówi ze śmiechem: „Nie, nie, ja też byłam studentką. Uwierz mi, że na samym Nordkapp jeszcze zapłacisz”. Fundują mi przejazd i mówią, że będą o 18. wracać, więc mogą mnie wziąć z powrotem. Ja mam nadzieję, że do tej pory będę już dalej, niestety gonią mnie terminy. Zostawiają mnie 40km od celu, zanim zatrzymają się dwaj Grenlandczycy, wspinam się fiordami kilka kilometrów. Jest pięknie i najchętniej doszłabym tam na piechotę, zwłaszcza zainspirowana dwoma podróżnikami, którzy właśnie tam idą na własnych nogach. Po dojechaniu na miejsce kobieta pracująca tam pyta mnie, jak przyjechałam. Odpowiadam, że stopem. „Jak stopem to nie musisz płacić za wstęp” – czyli jestem kolejne 60 koron do przodu.

„Ty dalej jedziesz na północ? Myślałam, że tam juz zaczyna się południe"* CZĘŚĆ IV

PRAWIE JAK BIEGUN

czyli dalej nie jadę (bo nie ma gdzie)

      Nordkapp znajduje się na 71 równoleżniku, 10’21’’. Przede mną znajduje się tylko Ocean Arktyczny. Grenlandczycy się zmyli jak ja piłam kawę. Jestem kompletnie sama. Nie mogę tylko dotknąć Oceanu, bo przecież jestem na klifie i wokół jest siatka. Spaceruję sobie po płaskowyżu, robie zdjęcia krukom, klifom, oceanowi. Patrzę przed siebie i myślę, że gdzieś tam jest biegun. Jeszcze tylko krótka moja sesja zdjęciowa, jak się nie ma nikogo wokół to samowyzwalacz jest niezastąpiony. I wracam na południe, bo dalej na północ się już nie da.

GOOD THINGS COME TO THOSE WHO WAIT

czyli odnoszę się do napisu z mojego ulubionego londyńskiego pubu

     Idę z powrotem wśród pustkowia, jak byłam na Nordkapp sama, to teraz muszę czekać aż ktoś tam przyjedzie i będzie wracał. I oczywiście mnie zabierze. Jest już 16., następnego dnia muszę być w Kuusamo, mam tam nocleg. To ok. 900km od miejsca, w którym się znajduję.

     W końcu zabiera mnie włoska para, są niesamowici mili, aż żal się rozstawać po wspólnie przejechanych 150km. Rozmawiamy o światowej polityce w kwestii religijnej. Oni, w odróżnieniu do większości Finów, mają pojęcie o zaangażowaniu w religię, o różnicach między nimi, powodach religijnych konfliktów i ich kulturalnym podłożu. W Oldesfjord widzę mojego żółtego TIR-a. Nie, nie machnę na niego. Nie, znów spadnę. Nie, nie.

     Sam się zatrzymał i zapytał, czy jadę do Lakselv. Wsiadłam. Całą drogę myślałam nad strategią bezpiecznego opuszczenia TIR-a. W Lakselv zostaję na noc.

ZDARZA SIĘ NAJLEPSZYM

czyli o tym, jak miałam więcej szczęścia niż rozumu

     Obliczyłam czas, że muszę być na drodze o 9., żeby być w stanie przejechać 640km. Zapomniałam tylko o zmianie czasu. Straciłam godzinę wracając do Finlandii. Po przekroczeniu granicy czeka mnie ponad godzinny spacer, zanim zatrzymuje się jedzący kiełbasę kierowca jadący do Murmańska. Proponuje mi kiełbasę, piwo, Red Bulla, kanapki. I przy każdym rozwidleniu dróg (których zresztą wcale nie jest tak dużo w tamtych regionach) pyta, czy na pewno nie chcę tam jechać. Albo pójść do łazienki. I też nalewa rosyjską benzynę. Zostawia mnie w Ivalo. Tam zatrzymał się właściciel najpiękniejszych oczu, jakie widziałam w Finlandii. Niestety nie mówił po angielsku, ale za to miał psa. Jest 17., jak jestem w Sodankyli. To wciąż 290km od celu. Zabiera mnie starsza kobieta i podwozi do Kaajani. Ona na szczęście myśli, widzi, że już się zmierzcha, przewozi mnie przez miasto i zostawia na wylotówce do Kuusamo. Przede mną 120km i ostatni kwadrans dnia. Trudno, myślę, najwyżej wrócę do centrum i tam przenocuje. Ale nie, już po chwili zatrzymuje się kierowca w niebieskim pikapie. Podwozi mnie 20km i zostawia w absolutnym środku lasu. Na koniec robi mi zdjęcie komórką. I odjeżdża.

     Jest ciemno, jest bezludzie, jest zimno, to wciąż za kołem podbiegunowym. Do centrum już nie wrócę, najwyżej przenocuję w lesie, śpiwór mam cieplutki. Nie takie rzeczy się robiło ze szwagrem po pijaku. Ale jeszcze chwilę próbuję, zawieszam na ręce kupiony w Kuopio odblask i odruchowo macham na samochody. Zatrzymuje się kolejny TIR załadowany drzewem. Może mnie podwieźć pod miasteczko Ruka, w sumie ok. 40km od Kuusamo. Piszę do Jukki, który ma być moim gospodarzem dzisiaj: „Hi Jukka, chyba nie będę w stanie dziś dotrzeć do Ciebie, mój kierowca wyrzuci mnie gdzieś pod Ruką, a już jest za późno, żeby łapać stopa, więc raczej przyjadę jutro”. Mijają strasznie długie dwie minuty. I dzwoni telefon. „No przecież cię stamtąd odbiorę!”.

      Stoję na przystanku, na którym Jukka umówił się z moim kierowcą, że mnie odbierze. Zimno jest, chodzę więc dookoła plecaka. Zaczynam truchtać w miejscu. Dalej zimno i nudno. Zaczynam więc tańczyć kroki do wszystkich tańców klasycznych i znanych mi łacińskich. I gdy tańcząc podśpiewywałam sobie pod nosem „Samba de Janeiro” zjechał na przystanek van. Zdziwiłam się nieco lądując w ramionach Fina i będąc przez niego siarczyście wycałowana, bo zazwyczaj to nie leży w ich mentalności. Zabierają mnie do domu.

"Ty dalej jedziesz na północ? Myślałam, że tam już zaczyna się południe"* CZĘŚĆ V

DZIKIE, LEŚNE OSTĘPY

czyli Jack London po raz drugi

      Dom leży pomiędzy Ruką (tam, gdzie jest skocznia) a Kuusamo i jest zamieszkiwany przez 13 osób, z czego 11 to dzieci. Najmłodsze ma 4 lata, najstarsze 26. Wszystkie ich. Są niesamowicie mili, nie chcieli nawet słyszeć, że będę sobie sama robiła jedzenie. Drugiego dnia pobytu dziewczyny zabrały mnie do miasta, oprowadziły, a potem pojechaliśmy w 7 osób do parku. W parku spędziliśmy półtorej godziny, tyle samo zajęło samo wyjście i przygotowanie wszystkich dzieci, ubranie ich w szaliczki, czapeczki, majtusie, zabranie ciasteczek, cukiereczków i wszystkiego, co jest potrzebne na tak długą wyprawę. Zwłaszcza, że rodzice wyjechali gdzieś i wszystkim się zajmowały najstarsze siostry.

    Park Oulanka jest najsłynniejszy, parkiem narodowym w Finlandii – leży wśród przełomu rzeki, wśród potężnego lasu, cała długość ścieżek to 80km. Zbieranie dzieciaków ze skał też trochę trwa, idziemy wolno, ale za to mam czas robić zdjęcia. Dochodzimy do miejsca, gdzie można zapalić ognisko, jedna z sióstr się bierze za rąbanie drewna, zupełnie jej to nie idzie. Wyjęłam jej więc z rąk siekierę i jako jedyny prawdziwy mężczyzna w tym towarzystwie, zaczęłam rąbać pniaki.

    Już po chwili musiałem zdjąć swoją futrzaną kurtkę, rąbanie drwa strasznie rozgrzewa. Jest zimno, para leci z ust, gdzieś w oddali słychać szum szalejącej wśród lodów rzeki, w której tylu poszukiwaczy złota już zginęło. Opieram się na chwilę o siekierę, ale wiem, że jak nie narąbię drewna, to wszyscy tu zamarzniemy, słyszę wycie wilków, pewnie też są głodne – tylko ogień je może odstraszyć! Rąbać, rąbać, prawdziwy mężczyzna nigdy się nie poddaje, nawet jeśli dzień wcześniej wielki grizzly zaatakował jego najlepszego przyjaciela i teraz…

     I w tym momencie przybiegła najmłodsza dziewczynka, ubrana w różowy kombinezon i tym samym burzy moją wizję Alaski sprzed kilkudziesięciu lat. Przy ognisku pijemy herbatkę, ja wsłuchuję się w fiński, bo w zasadzie po angielsku mówią tylko dwie najstarsze dziewczynki. Wracamy, bo robi się ciemno.

RZECZ O NIMFACH

czyli nie chodź z Finami do sauny

      W domu Jukka pali w saunie, zaraz będzie można iść. Pytam, czy przebieramy się w domu, czy w saunie, która jest na zewnątrz. Idziesz tylko w ręczniku. Biorę buty do ręki, ale widzę, że nikt oprócz mnie ich nie ma. Dyskretnie pytam, czy będą potrzebne – „my nie bierzemy, ale jak chcesz wziąć, to nie ma sprawy”. Jak to mówią – jak wszedłeś między wrony… Gdy idę kolejne metry na bosaka oszronioną ścieżką uznaję, że przysłowie jest głupie.

     Sauna Jukki jest zbudowana własnoręcznie – z desek, cegieł i folii. Do sauny idziemy się ścieżką w lesie, jest 23., a las rozświetlają duże świeczki w metalowych pojemnikach. Jest przeuroczo. Jest magicznie. U saunie są wszystkie siostry i ja, czyli 7 osób, ledwo się mieścimy. Anna wciąż dolewa wody, robi się niewiarygodnie gorąco. Chcą mnie zabić jak nic.

     Jeszcze bardziej magicznie jest, gdy wychodzimy z sauny i inną ścieżką wśród płomyków dochodzimy do rzeki, która jest kompletnie czarna. Jest bajkowo, w środku lasu siedem nagich dziewcząt pluska się w rzece wśród oświetlających je ogników. To była najlepsza sauna w moim życiu.

ZAKOŃCZENIE

czyli o multimedialnej księdze gości i pobijaniu kolejnego rekordu   

      Po powrocie Jukka czeka na mnie z kamerą. Nagrywa wszystkich swoich gości, wcześniej pokazywał mi nagrania (i prosił o przetłumaczenie, bo były częściowo po polsku) czwórki Polaków, którzy w sierpniu dotarli na Nordkapp wyjeżdżając z Helsinek.

     Rano budzą się oboje, żeby mi zrobić śniadanie – przede mną 702km do Tampere do pokonania w jeden dzień, więc wyruszam wcześnie. Tradycyjnie już leje, ale za to mam niesamowite szczęście. Z kierowcą, który się po mnie zatrzymuję jadę aż do Lahti (tak, tak, to kolejne miejsce znane z posiadania skoczni), czyli 740km. Trochę nadrabiam, ale taki daleki transport (to absolutny rekord) może się już nie powtórzyć. Stąd już tylko 110km to Tampere. Trochę się włóczę po Lahti, w końcu wracam z młodym Finem do domu, który w zasadzie przez cały czas rozmawiał przez telefon komórkowy.

     Dziwne uczucie to było wracać do Tampere, zobaczyć Keskustori (główny plac), przyjechać na Haiharę. Jakaś cząstka mnie została w podróży.

     

      Jak zwykle zresztą.

A na koniec nieco statystyk

czyli jak wiadomo, statystyki nie kłamią, kłamią statystycy

-> ilość dni: 10

-> ilość przejechanych km stopem: 3 258

-> ilość km zrobionych na piechotę: 105,6

-> ilość zrobionych kroków: 140 869

-> ilość spalonych kalorii podczas chodzenia: 5 230,61

(za szczegółowe dane dziękujemy firmie Tronic)

 

------------

* to słowa Agi, która do mnie zadzwoniła, jak byłam w saunie w Sodankyli. Ponieważ mi się bardzo spodobały, postanowiłam je wykorzystać w niecnych, tytulowych celach.

19:58, kam.kiel , Tampere
Link Komentarze (4) »
28. października (1918) 2006

Myśl „święto narodowe” – dreszcze. Bynajmniej nie z podniecenia. 1. września - ciągle nie mogę pojąć po co to obchody, 3. maja - cudne słońce, ciepło, wszyscy myślą o opieprzaniu się nad rzeką. Polskie 11 listopada jest smutne, ponure, nudne i sztywne. Właśnie tak reagujemy na Niepodległość. To nasza mentalność?

To czeska mentalność. Boski dystans i brak irytującego patetyzmu. 28. października to jedno z najważniejszych świąt – powstanie Czechosłowacji, niepodległość, suwerenność, nasze państwo. Nasze. Dlatego dla nas – obchody na Vitkově (Památník národního osvobození) poczęstunek, koncerty, muzyka, darmowe zwiedzanie muzeum, darmowy dojazd autobusami. Cieszymy się przecież, że powstaliśmy, co? Na Zamku prezydent wręcza państwowe medale, gazety dzień wcześniej spekulują kto dostanie je w tym roku. Kombatant tylko jeden. Jest za to sportowka (nie znam lepszego słowa na żeńskiego sportowaca), operator filmowy, grafik i malarz. Żyjemy dziś.

19:02, kasia.byrtek , Praga
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 października 2006
Jurmala. Kurort morski w Łotwie.

                                                Dolii nad morzem.

Perła Europy Wschodniej

"Bo my jesteśmy Polkami, ale studiujemy w Finlandii i w ogóle to przyjechałyśmy właśnie z Rygii."

Dotarliśmy do Estonii koło północy. Padało i aura była naprawdę nieprzyjemna. Ale już od samego początku uśmiechało się do nas szczęście. Zostałyśmy poprowadzone przez całe centrum, od dworca autobusowego do naszego hostelu, przez przypadkowego, nizwykle miłego Estończka. Hostel, w którym mieszkałyśmy prowadzony był przez wychilloutowanego faceta w dredach. Desing hostelu robił wrażenie- wielkie obrazy, kolorowe ściany, bardzo domowo i niehostelowo.

Co robić w Talinie? Nic tylko się gubić, nic tylko się ponieść! Iść przed siebie i iść bez celu. Razem z Kamilą nie dotarłyśmy do żadnego miejsca docelowego tak po prostu. Wciąż zwodziły nas, kusiły kolejne zaułki. Bramy porośnięte bluszczem. Pastelowe domki. urocze, kuszące kafejki. Poniosło nas. Spędziłyśmy conajmniej 5 godzin w jednej estońskiej piwnicy "Olde Hansa". Przeniosłyśmy się do średniowiecza. Piłyśmy piwo cynamonowe, grzane wina z glinianych dzbanów. Jadłyśmy jabłka polane migdałowym mlekiem. W tle grali na magicznych instumentach. Paliły się wokół świece. Wieczór spędziliśmy w towarzystwie niemieckiego małżeństwa a później z niesłychanie miłymi ludźmi z Fianlndii. Rozmawiałyśmy, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy... było to jedno z bardziej klimatyczniejszych wieczorów mojego życia. Pobyt w Talinie to kilometry odbitych śladów i godziny rozmów. Śniadanie podawane przez średniowiecznego gierka, gwałt estetyczny w kościele Św. Olafa, pijane fotografowanie w deszczu. Karaoke na promie i śpiewanie fińskich szlagierów.  A na koniec Helsinki by night.

Przemieszczanie jako cel sam w sobie.

Kocham przemieszczanie.

poniedziałek, 23 października 2006
Życie łatwe nie jest, każdy wie

Kartki na jedzenie funkcjonują dalej na Uniwersytecie Karola. Każdy student dostaje żółtą książeczkę z papieru makulaturowego z kuponami na jedzenie na cały rok. Dzięki niej można jednej z kilkunastu praskich Menz (od Menza) dostać obiad za 30 kC - co jest najtańszą wersją pożywną wersją obiadową w Czechach (nie mówię więc o zupkach chińskich za 6 kC lub smażonym serze w bułce na Placu Wacława za 28 kC). Żeby nie było zbyt łatwo, najpierw trzeba ustawić się w kolejce do jednego okienka, gdzie płaci się kuponem i pieniędzmi, a dostaje inny kupon upoważniający do wyboru jednego z czterech dań (tu już jesteśmy w innej kolejce). Przyda się małe wyjaśnienie. Obiady wydawane są tylko od 11 do 14, co, nie ukrywajmy, dla większości studentów jest porą raczej śniadaniową. Przy założeniu, że chce się zachować prawo wyboru, czas wydawania obiadu skraca się do dramatycznej 12.30. W innym przypadku grozi danie w postaci: ziemniaków zmiksowanych z warzywami, czyli szaro-bura breja o konsystencji puree z proszku, do tego 'mięso', gruba kiełbacha krojona na plastry i smażona (česky: sekaná, nie mylić z siekanym czyli mielonym), do tego zupa i deser – ciepłe lody... Przeżyłam to na własnej skórze, a jakże. Życie łatwe nie jest. Żeby nie zaczerniać obrazu kiedyś trafiłam na frytki i sałatkę z tuńczyka.

Czasem wydaje mi się, że moim przeznaczeniem jest jednak studiowanie teologii. Akademik Teologické fakulty mieści się w tym samym budynku co ich biblioteka i sale wykładowe, 5 min. pieszo od Narodní divadlo (dla niezorientowanych – 7 min. pieszo od Mostu Karola, dla jeszcze mniej zorientowanych – ścisłe centrum, Stare Miasto, Praha 1), kilka kroków od Tesco. Co więcej: nie mają kuchni bez ani jednego krzesła, zardzewiałych kaloryferów w łazience i kafelków idealnie komponujących się z hipotetycznym grzybem i całkiem realną kolejką (próbowałam dziś sześć razy). Co więcej: mają dwuosobowe pokoje dwa razy większe od naszych, wszystko nowe i przytulne. Ach, życie łatwe nie jest. Na zdjęciu (ooobracamy głowy, ćwiczyny karki) można zobaczyć studentów z akademika Na Vetrniku tuż po wyjściu z akademika Teologicznego. Przy głębszej analizie można zaobserwować jakie wrażenie to na nich zrobiło.

 

 studenci akademika Na Vetrniku

23:47, kasia.byrtek , Praga
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3